fallin'


chyba doplywam do brzegow swojego zycia... mam wrazenie, ze caly moj plan, cale zalozenia zyciowe wlasnie rozpadaja sie na miliony malutkich kawalkow, ze to co mialo byc najwieksza radoscia i spelnieniem boli... czuje w srodku pustke, czuje jak zapadam sie w siebie, jak zaczynam sie ukrywac przed innymi, jak zamykam swoje oczy przed calym swiatem... coraz bardziej rozumiem zdanie, ktore zawsze mi sie podobalo ale jednak nie do konca rozumialem o co chodzi... and I don't want the world to see me cause I don't think they'd understand... chyba dopiero teraz rozumiem dlaczego nie zrozumieja... jak mozna wytlumaczyc bol duszy, jak mozna wytlumaczyc wlasna porazke, wlasna - odczuwana tak przeze mnie - kleske? w jaki sposob mozna wytlumaczyc komus? ja nie do konca potrafie wytlumaczyc to sobie, w zasadzie to nawet nie do konca, chociaz troszke chcialbym potrafic, chociaz tak, zeby sie zaczepic i miec jeden malutki punkt odniesienia... szukam w sobie, szukam dookola a wszystko wookolo ma inny kolor niz mi sie wczesniej wydawalo.... jeszcze chwile temu moje zycie bylo podobne do jakichs wszesniejszych zalozen.. moze nie w calosci ale nigdy nie jest tak, ze osiagamy nirwane w jednym podejsciu ale czulem sie dobrze.... czasem zle, czasem nie dobrze ale generalnie czulem, ze panuje nad soba, nad swoim zyciem, nad swoim szlakiem... 18 miesiecy temu cos peklo, pojawila sie rysa, pojawily sie pekniecia... staralem sie, walczylem o kazdy cal... walczylem z wszystkimi przeciwnosciami i nagle nastapila eksplozja wszystkiego co znalem, wszystkiego co bylo dla mnie ostoja... 6 miesiecy absolutnego dramatu, zalamania, ucieczki pomieszanej z walka, ktora prowadzilem czesto wbrew ogolnie zwanej normalnosci... tak po prostu, zeby odzyskac siebie, zeby moc spokojnie patrzec sobie w oczy... chwila przerwy, nikle swiatelko gdzies bardzo daleko... powoli wracalem, malo pewnie, malo stabilnie ale szedlem do przodu... w sumie mozna powiedziec, ze sie czolgalem do jakiegos swiatla... abslolutnie wszysko jedno jakiego, byle wyjsc tylko z tej cholernej strefy cienia... 
dzisiaj czasem mam wrazenie, ze ssunalem sie jeszcze glebiej, ze wszystko na czym opieralem sie brnac do przodu osunelo mi sie gdzies w ciemna i zimna pustke... spadam, juz chyba nawet nie mam zludzen, ze spadam... coraz dalej, coraz szybciej... chwilke temu probowalem sie chwytac jakiekolwiek fragmenty scian, zeby zwolnic... czasem udalo sie zwolnic, choc na chwilke miec poczucie, ze nie rozpieprze sie o dno - zakladajac, ze gdzies tam jest koniec lotu... teraz? teraz mam wrazenie, ze te wszystkie proby zgruchotaly mi palce, porozrywaly skore, polamaly kostki... nie ma juz we mnie agresji, nie ma we mnie zlosci... juz nie ma nawet rozczarowania... jest tylko smutek, jest tylko beznadziejnie gleboki smutek, ktory zalewa moje serce, moje oczy, mnie... chyba juz chce rozwalic sie o dno, juz chce polamac sobie reszte kosci bo wtedy pojawi sie bol, bo wtedy pojawi sie swiadomosc, ze jednak jeszcze zyje... bol jest lepszy... bol jest jednak lepszy...

mike thoughts
2009-08-06 15:23:30
skomentuj (3)

juz..?

rozszarpany mijajacymi dniami, momentami cicszy przeplatajacymi sie z chaosem rzeczywistosci, swiata, ktory nie pozwala nam spokojnie zeglowac do swojego przeznaczenia... jestem zmeczony codziennymi walkami z wlasna dusza, z myslami, ktorych nie mozna zatrzymac, ktorym nie mozna spokojnie wytlumaczyc... nie mamy czasu na spokoj, nie mamy chwili na wyciszenie umyslu... tesknie za spokojnym morzem, za spokojnym wiartem, ktory pomaga plynac... przez caly czas mam sztorm, kazda fala to "wrong wave", szarpie mna, podrzuca, poddusza... musze odpoczac, musze gdzies sie schowac, miec chwile na spokojny oddech, na kilka minut z soba sam na sam... czy tak wiele? czy to takie dziwne, ze czasem musimy sami siebie odkryc na nowo? dlaczego czasem tak ciezko wyjasnic swiatu co sie dzieje, gdzies tam, we mnie, w oparach chaosu, za dymem mijajacych sekund... jestem na wzburzonym morzu, powoli trace sily... powoli zaczynam sie poddawac... tak po prostu... juz nie moge...

mike thoughts
2009-05-22 13:50:19
skomentuj (3)

próba ustalenia czegoś :)

czy my jesteśmy stworzeni do życia ze sobą? w sensie czy potrafimy egzystować ze sobą. może jeszcze inaczej... czy my w ogóle mamy na to szansę? jak zawsze wersji jest kilka... nie ma jednej odpowiedzi, ale mam wrażenie, że w jakimś bliżej nie określonym zwidzie, unosząc sie w oparach rzeczywistości znalezłem światełko w tunelu... co jest nam potrzebne? co pozwala nam oddychać? przestrzeń... nie mówie o nie zmierzonych połaciach ziemi, które nas odzielą na tyle mocno, że będzie super... mówię o takim malutkim skrawku tylko do samego siebie... o takim kawałku rzeczywistości, który do końca dni będzie nasz... przecież możemy uchylić rąbka tajemnicy ale przecież nadal jest nasz... inaczej... łączymy kciuki, palec wskazujący opieramy o serdeczny drugiej dłoni - dwa zostają wolne, mmmh? żle :) złączmy palce :) tak po prostu, jeżeli trzy palce bedą sie dotykały to dwa są wolne... tak? :) no... w ten sposób dochodzimy do punktu połączenia tego co próbowałem wytłumaczyć z uczuciami, życiem, związkiem... mamy punkty, na których się łączymy i punkty, na których nie... to są nasze pasje, kawałki tego co chcemy tylko dla siebie... przecież powinna istnieć empatia aaa? ona powinna pokazać te punkty i nauczyć jak dać drugiej osobie/dłoni przestrzeń żeby mogła żyć/machać palcami...

matko, ale bełkot prawda? :)

mike thoughts
2009-04-19 19:44:18
skomentuj (1)

so long, so long...

tak dawno mnie tutaj nie było... tak dawno nie przelałem żadnych literek na ten kawałek szkła... dużo się dzieje, czasem lepiej, czasem gorzej... dzień za dniem oddala się ode mnie... szuka lepszej przystani... muszę się ogarnąć, muszę zrozumieć rzeczy, które napłynęły do mojej głowy... zmieniam się, jednak lata robią swoje... inaczej postrzegam rzeczywistość, inaczej widzę świat... mój przyjaciel dwa dni temu skończył 40 lat... kiedyś myślałem, że ludzie tak długo nie żyją a teraz? teraz wiem, że żyją i dużo lepiej mogą postrzegać rzeczywistość niż my - młodzi... hmmm, młodzi... za 22 dni sam przekroczę magiczną granicę, granicę pomiędzy byciem dzieciakiem a byciem... no właśnie, kim? starym dzieciakiem? a może tylko cyferki przeskoczą jak na liczniku mojego autka... to takie psychologiczne przejście na dzieści... przecież nic się nie zmienia... dalej będzie płynął dzień za dniem... dalej będę wycierał buty o warszawskie ulice, bujał się w czerwonym tramwaju... nadal podnosi mnie do góry pierwszy rif Wish You Were Here, mimo, że czasem mam wrażenie, że ja jeszcze nie jestem there... a może jednak to już? przecież sam widzę, że się zmieniam... chyba dobrze, to już chyba ten moment, kiedy powinienem odnaleźć siebie... na szkole Platona był taki napis - Poznaj Samego Siebie... chyba już mam pomysł na poznanie siebie, chyba już wiem gdzie szukać tylko czy wystarczy mi odwagi, żeby dotrzeć do końca tej drogi... tak, wiem, już nie ma odwrotu. nie mamy nastu lat, żeby testować życie, nie możemy już sobie pozwalać na eksperymenty bo one, cóż, teraz już na starcie obarczone są dużymi konsekwencjami, mają duży bagaż ryzyka, i chyba na tym polega dorosłość, że wiemy czy można je ponieść... chyba rozumiem, chyba docierają do mnie sygnały, które pokazują drogę, kierunek... już troszkę bardziej wiem czego szukam mimo, że czasem mam ochotę stanąć na rozdrożu i powiedzieć - pierdzielę, nie idę, nie robię... w słuchawkach Pink Floyd - Hey You... (...)open your heart I'm comin home(...) hmmm, przecież to wszystko było na wyciągnięcie ręki, wszystkie ślady prowadzą do jednego miejsca, do tego jednego wyjścia, które zmienia życie, które kierune na nowe drogi, stawia nowe wyzwania, hej YOU...

mike thoughts
2009-04-09 15:37:32
skomentuj (0)

huśtawka...

Nie rozumiem zachowań, nie rozumiem założeń. Oczywiście, zawsze można mieć hobby, które polega na gnojeniu samego siebie, na szukaniu każdej możliwości dojebania sobie. Gratuluję – polityka, która zaprowadzi na sam szczyt. Popełniłem kilka błędów, zrobiłem kilka dobrych rzeczy. Zmieniam się, zmieniam świat dookoła siebie żeby dopasować się do wymagań… bez względu na to, co robię finał jest dokładnie taki sam… Jeżeli daję z siebie wszystko, bo chcę… bo czuję, że to jest dobre -  słyszę tylko zarzuty, podejrzenia i oskarżenia. Jeżeli staram się zachowywać normalnie – to samo. Pierdolę takie życie, takie dni, które przelewają się przez palce i powodują, że czuję się coraz gorzej. Nie nadaje się do życia na rollercoasterze… nie lubię latać od nieba do piekła i mieć nadzieję, będąc tam na dole, że niedługo znów wrócę na górę… zresztą tylko na chwilę bo za moment będzie tak samo jak było. Na górę jedziemy powoli, bardzo powoli… w dół? Zpierdalam w tempie rakiety, która spada na ciemne, śpiące miasto a efekt jest dokładnie taki sam jak po uderzeniu w ziemię. Ból, dym i brak orientacji…

Nawet nie mam swojego miejsca, nawet nie mogę się nigdzie schować, żeby przeczekać aż opadnie kurz. Zostałem odarty z jakiejkolwiek prywatności. Wszystko jest do wyszperania, do wyszukania i do użycia jako zapalnik. Potrzebuję tylko swojej strefy, w której mogę mówić co myślę, pisać co czuję i nie zastanawiać się czy to słowo nie zostanie źle odebrane, czy nikogo nie urazi. Koniec. Nie będę więźniem we własnym życiu, nie będę kombinował czy to jest dobre, czy kłuje, czy rani… ze mną nikt się nie pierdoli. Nie zastanawia się i nie analizuje. Nie musi kombinować i chodzić w kółko… kim jestem? Chyba nie wiem kim jestem bo zgubiłem się w zastanawianiu się co inni mogą pomyśleć i poczuć, bo staram się żeby było dobrze. Jestem gnojem, jestem śmieciem, jestem złym człowiekiem, jestem empatyczny – może jestem maniakiem, który wykorzystuje empatię do krzywdzenia innych. Jestem normalnym człowiekiem, który ma dość grania i noszenia masek, jestem fajnym facetem, z którym można pogadać. Jestem patologicznym kłamcą, jestem zwykły jak psie gówno na chodniku. Jestem kimś, z kim ktoś chciałby spędzić życie, jestem kimś kto szuka normalności. Jestem schizofrenikiem poszukującym mroku i diabłem chcącym ogrzać się w słońcu… po prostu chciałbym żyć bez ciągłych huśtawek, bez oskarżeń. Czy nareszcie doczekam się akceptacji i uszanowania mnie? Mnie jako czegoś co ma prawo do życia i do radości, która nie jest podszyta strachem, że zaraz coś się spierdoli… Life is great, isn’t it?


mike thoughts
2009-01-16 10:37:14
skomentuj (1)